Nasza historia wypalona w drewnie
Zanim słońce zaczęło wschodzić nad miasteczkiem, w powietrzu unosił się już dobrze znany zapach. To zapach drewna, polskiego dębu i jesionu i sosny, zmieszany z aromatem kleju i pyłu. To był świat naszej firmy produkującej drzwi. Świat, w którym każdy dzień przypominał poprzedni, a rytm pracy wyznaczała przewidywalna sezonowość. Tak, te drzwi były solidne, pospolite… ale klasyczne. Spełniały swoją funkcję, ale brakowało w nich iskry, polotu, opowieści. Były jak tysiące innych, niewyróżniające się w tłumie, a my, choć doskonali w rzemiośle, czuliśmy, że utknęliśmy w monotonii. Było cicho, stabilnie i… nudno.
Pewnego dnia, w tym spokojnym rytmie pojawił się cichy zgrzyt. W firmie, której DNA tworzyło rzemiosło, ktoś wpadł na szalony pomysł: a co, jeśli połączymy to tradycyjne drewno z… technologią laserową? Technologia, która dotąd kojarzyła się z futurystycznymi laboratoriami, miała odmienić nudę. Ta idea, nieoczywista i niepasująca do niczego, była niczym brawurowe wezwanie do przygody.